Podróże z Paolo Sorrentino

sorrentino

Muszę w końcu porzucić nadzieję na to, że uda mi się zamieszczać posty regularnie, ale tak już jest, że nie lubię pisać na siłę, musi znaleźć się coś wartego tych kilku zdań. I znalazł się Paolo Sorrentino.

Wielkie piękno w jego reżyserii obejrzałam po raz pierwszy rok temu i do dziś zadaję sobie pytanie jak to się stało, że tak późno, ale i na to znajdzie się odpowiedź – był to film tak gorąco polecany przez mojego przyjaciela, wychwalany przez krytyków, że zwyczajnie bałam się rozczarowania. Musiałam najpierw nabrać odpowiedniego dystansu, odrobiny sceptycyzmu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to weźcie pod uwagę, że to nie jest obraz, który ogląda się z chipsami po jednej stronie i pizzą po drugiej. O nie. Wielkie piękno wymaga odpowiedniego nastroju.

Adobe Photoshop PDF

Karykatura społeczeństwa, ludzkości, ale niezwykle melancholijna i skłaniająca raczej do refleksji, niż do śmiechu. Karykatura życia w pogoni: za czymś lepszym i za czymś więcej. Bo zawsze wydaje się, że tuż za rogiem musi być coś więcej; coś, co idealnie dopełni nasze plany na przyszłość, co sprawi, że odczujemy, że żyjemy mocniej i najlepiej, jak się da. Ale może jednak to nie krzywe zwierciadło? Może to zwykłe lustro odbijające absurd naszych pragnień, wyimaginowanej perfekcji: zawrotnych karier, snobistycznego życia, obłudy i udawania przed sobą i przed światem, że jest się doskonałą matką, że jest się ą-ę-znawcą sztuki współczesnej, że jest się nadal młodym, że można wszystko.

Główny bohater, Jep Gambaredella, zabiera nas w sentymentalną podróż ulicami wiecznego miasta – przez jego młodość i przez życia innych ludzi, które skrzyżowały się z jego historią. Patrzymy na to wszystko z sympatyczną pobłażliwością, lekko cynicznym uśmieszkiem, ale do czasu, bo w końcu coś nad nami zawisa – jakiś znajomy ton, znajome emocje, właśnie jakby ktoś postawił przed nami lustro. Wielkie piękno przynosi ze sobą pewien rodzaj smutku i tęsknoty, które jednak tylko kłują i łaskoczą, ale nie opanowują bez reszty, wcale nie chce się ich pozbyć.

Naprawdę ciężko znaleźć słowa, żeby pisać o tym filmie i jego treści – jego trzeba przeżyć, bo kolejną sprawą, która wynosi go ponad wszystkie inne jest mistrzostwo reżyserii, wręcz wirtuozeria. Przeplatające się ze sobą sceny, statyczne zdjęcia, powolne ruchy kamery, ciepło barw, nieziemska muzyka – to wszystko tworzy obraz, który powoduje szybsze bicie serca i doświadczenie, no właśnie… piękna.
Piękna na wiele różnych sposobów, bo piękno można mieć w sobie, w sile charakteru i dobroci; piękno kryje się we wspomnieniach pierwszego pocałunku, we wspomnieniach słonecznych ulic i tego poczucia, że jest się panem i władcą świata. Piękna, którego można szukać u chirurga plastycznego, albo w drugim człowieku. Albo wyobrażenia, że pięknie żyć można tylko, gdy wspina się na wyższe szczeble kariery, gdy na drabinie społecznej stoi się na szczycie. Można żyć tak albo tak. Bo i tak i tak jest dobrze, i tak i tak czekają nas od czasu do czasu momenty nieskończonego piękna.

I może bez sensu, że pisałam tę recenzję, bo ona cała zawiera się już w samym tytule. La grande bellezza.

 

Pozwolę sobie jeszcze napisać parę zdań o innym filmie Sorrentino – Młodość. Inna sceneria, inni aktorzy, inny język, ale poniekąd podobne przesłanie.

youth

Powiedz mi: czym jest młodość? Podaj najbardziej poprawną definicję młodości. Młodość jest wtedy, gdy masz 5 lat i spoglądasz beztrosko na świat ze spojrzeniem pełnym ciekawości? Gdy masz 13 i wydaje ci się, że jesteś już bardzo dorosły i patrzysz wokoło z gniewem i buntem? 24, gdy masz świadomość, że w gruncie rzeczy do prawdziwej dorosłości ci daleko? Czy 33 – wiek Chrystusowy, gdy czujesz, że tracisz kontrolę, życie ucieka i próbujesz to opanować z przerażeniem na twarzy? Może 75, gdy… No właśnie, gdy co? Gdy piszesz testament swojej twórczości, a mimo to pływasz w basenie z Miss Universe? To jak, którą młodość wybierasz?

Sorrentino znowu rozmawia z nami o ważnych sprawach i jeszcze wyraźniej przedstawia cały przekrój ludzi, wachlarz emocji i życiorysów. Powiem kilka słów o paru z nich, ostrzegam, że z niewielkimi spojlerami, ale trudno inaczej.

Młodzi scenarzyści, którzy w pracy szukają odpowiednich słów, które należałoby wypowiedzieć na łożu śmierci. To nie tylko przekolorowany obraz współczesnych artystów, ale szerzej – obraz nas – współczesnych młodych ludzi (nawet niekoniecznie współczesnych, bo być może młodzi ludzie zawsze byli tacy sami, tyle że teraz mamy smartfony). Ludzi, którzy mają wielkie wyobrażenia na temat tego, co w życiu ważne i przez ich pryzmat rozważają, jak postawić kropkę nad i scenariusza, który piszą, rozmawiają na temat tych ostatnich słów – czy bardziej wypada mówić o miłości, o przeszłości. No o czym? Spędzają wiele dni na znalezieniu tego jednego właściwego zdania. I tylko ich mentor, starszy człowiek doświadczony życiem, rozumie, że słowa stają się zbędne, że milczenie znaczy więcej.

Wielki kompozytor, który mimo gigantycznego dorobku, jest zapamiętany przez swoje Proste pieśni; zbyt pochopnie i surowo osądzony przez najbliższych, skrywający przed światem najcenniejsze wspomnienie młodości, jakby się bał, że zostanie mu ono wykradzione, rozszarpane, sprofanowane. Żyje tak wiele lat i dopiero, gdy wydaje się mu, że nadchodzi koniec, odkrywa, że cały lęk był niepotrzebny, że da się zmierzyć ze światem i wyjść z tego obronną ręką.

Młody aktor, któremu już dawno przypięto etykietkę. Życie, które toczy się obok niego, obserwuje z chłodnym dystansem, dostrzega śmieszność ludzi dookoła. Przygotowując się do nowej roli, chce się wyłamać, coś udowodnić, zaszokować, ale i on zaczyna rozumieć, że to nie jest konieczne, że świat nie potrzebuje więcej potworności a przeszłość należy zostawić za sobą.

Piękna kobieta, którą mąż zostawia dla młodszej. Pyta dlaczego, próbuje dostrzec, gdzie popełniła błąd. Wierzy, że straciła to, co nadawało wartość jej osobie. Ale i ona dociera do prawdy, że jej wartość jest dużo większa, niż myślała, a młodość dopiero się zaczyna.

Początkowo nie spodziewałam się po Młodości optymizmu, ale go odnalazłam – tą dobrą wiadomość: że cyferki w rubryce wiek nie stają się niczyją definicją, że bezczelnie można wybrać swoją drogę ogłaszając ją albo za właściwą, albo za jedyną.

Sorrentino to niewątpliwie wielkie kino i idąc za tym, gdybym miała wybierać, to wolę Wielkie piękno, film absolutny, pozostawia pewien niedosyt, ale dokładnie tyle, ile potrzeba. Młodość zachwyca, ale mam wrażenie, że czegoś trochę brakuje. Strzelam, że chodzi o Rzym.

Na koniec zostawiam was z muzyką z Wielkiego piękna. Piękna, prawda?

Reklamy

Manchester na niedzielne popołudnie

manchester-by-the-sea

Niedziela to najdziwniejszy dzień tygodnia – taki, że człowiek wytrwale od rana do późnego wieczora udaje, że poniedziałku nie ma, że nic nie trzeba. I całkiem to udawanie jest łatwe, jak za oknem jest słonecznie i wachlarz zajęć jest nieskończony, ale dzisiaj jakoś szaro, buro i zwiewa szalik z szyi, dlatego pomysł dla wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli filmu Manchester by the sea – obejrzyjcie sobie dzisiaj.

Jeśli ktoś żyje w na Księżycu, lub w układzie TRAPPIST-1 to może nie wie, że Manchester zdobył w ubiegłą niedzielę dwa Oscary: za najlepszy scenariusz oryginalny i za pierwszoplanową rolę Casey’a Afflecka. Osobiście po cichu ubolewam, że nie zdobył statuetki za najlepszy film, ale nie miał na to szans w kontekście tego, że od paru ładnych lat ta kategoria jest w zasadzie czysto polityczna i nie ma tu miejsca na poczucie pokrzywdzenia przez mniejszości religijne, rasowe i jakie sobie jeszcze wymarzycie.

5d364f_b8f47e2ee8d14d66b049d44865abdb55mv2

W Polsce wielkie sieci kinowe stwierdziły, że im się nie kalkuluje, bo bardziej opłacalne jest wyświetlanie całymi dniami filmów animowanych dla dzieci, dlatego Manchester można było obejrzeć jedynie w mniejszych kinach studyjnych, a szkoda, bo tam niestety mało kto chodzi. Szkoda, bo Manchester to jest taki mały-wielki film – nie ma szybkiej akcji, wyidealizowanej scenografii, i właśnie dzięki temu jest do bólu autentyczny. Casey Affleck w 100% zasłużył na Oscara, jego rola to emocjonalny majstersztyk, choć i reszta aktorów poradziła sobie świetnie.

Wielowarstwowy scenariusz zmienia sposób w jaki postrzega się bohaterów – od początku do końca, co chwilę w innym świetle – od wściekłości, przez współczucie, zrozumienie, znowu do wściekłości. Muzyki nie ma tu za wiele, jak się pojawia, to raczej nienarzucająca się, bo wierzcie – atmosfery nie trzeba podkręcać, i tak każda scena i każdy dialog to emocjonalna bomba;  Casey jako Lee Chandler, oh boy, najlepsza rzecz jaka zdarzyła się w kinie w ostatnim czasie.

Po gali Oscarów pod większością postów amerykańskich portali komentarze były skrajnie różne, z przewagą tych, że jest to film o niczym, nudny i ogólnie nie wiadomo, po co ktoś go nakręcił. Na polskich stronach z kolei, opinie są jak najbardziej entuzjastyczne, dlatego zastanawia mnie, co za tym stoi i chyba najbardziej prawdopodobną opcją, jest odmienna dojrzałość artystyczna w naszym kraju i w całej Europie – Manchester to film wyprodukowany w USA, ale gdybym tego nie wiedziała z filmwebu, to strzelałabym, że stoją za nim Europejczycy, bo przecież nikt nie kręci lepiej bez cukierkowej otoczki i wybielonych uśmiechów.

Na koniec: jeśli nie widzieliście, koniecznie obejrzyjcie, jeśli widzieliście – co sądzicie o Manchesterze?
Ja jeszcze dodam, że im więcej czasu mija od mojego seansu, tym bardziej mi się podoba – zdecydowanie jest to film, który siedzi długo w głowie, jeśli ogląda się go uważnie.
Film przez duże F.

PS. W międzyczasie wyszło słońce – można przełożyć Manchester na wieczór 😉

Włoskie kino / Lion / Jackie

rzut-oka-na-najnowsze-filmy

Od paru dni cieszę się feriami, więc oczywiście część czasu poświęcam na nadrabianie zaległości filmowych. I chociaż korciło mnie, żeby zacząć oglądać The Crown na Netflixie, przemówiłam sobie do rozsądku, aby nie powtórzyć sytuacji z Peaky Blinders (polecam, polecam i jeszcze raz polecam!), kiedy to spędziłam bity tydzień przyklejona do ekranu.

Więc kiedy już powstrzymałam się się od odpalenia Netflixa, otworzyłam sobie kino domowe. I to był dobry wybór.

klamie

Także dziś parę słów o trzech filmach, a na pierwszy ogień leci Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Włoska produkcja w reżyserii Paolo Genovese, która totalnie mnie porwała. Na fantastyczny klimat, który zgrabnie utrzymuje się przez cały film, składa się kilka rzeczy: uno – scenografia – cała akcja jest osadzona w przestronnym lofcie, króluje włoski, przytulny nieład, zupełnie inny od pedantycznych, chłodnych wnętrz, które opanowały polskie i amerykańskie plany filmowe (białe ściany, IKEA, scandinavian design, hygge, lodówka wypełniona jarmużem i koktajle ze spiruliną zamiast wina). Może się to komuś wydawać nieistotne, ale przysięgam – to mieszkanie jest jednym z głównych bohaterów i dzięki niemu wszystko tam gra.

Rzecz kolejna to aktorzy – poza piękną Kasią Smutniak, cała reszta zupełnie mi nieznana. I to jest duży plus, bo kto z nas nie ma czasem dość oglądania w kółko wielkich nazwisk, z przyklejonymi etykietkami poprzednich ról, z tym samym wyrazem twarzy, który w żadnym filmie się nie zmienia. No chyba, że akurat Nicole Kidman całkiem niedawno odwiedziła klinikę medycyny estetycznej, żeby uzupełnić botoks – wtedy oczywiście ta mimika jest jednak trochę inna, albo po prostu jej nie ma. Także nowe (dla nas, bo być może we Włoszech doskonale znane) twarze to atut, całość wydaje się znacznie bardziej autentyczna, bo mamy poczucie, że oglądamy zwykłych ludzi, normalną grupę przyjaciół.

Normalną, jak normalną. Bo ile trupów wy trzymacie w szafie? Odważylibyście się odczytać na głos każdą wiadomość i odebrać każdy telefon na głośnomówiącym? Większość z was pewnie tak, ale nie bohaterowie Dobrze się kłamie. Bo z każdym dzwonkiem telefonu przy ich stole robi się coraz goręcej, aż do punktu, gdzie człowiek zaczyna dziękować w duchu, że siedzi spokojnie po drugiej stronie ekranu.

Poza tym mam jakiś szczególny sentyment do takich teatralnych filmów, których akcja jest zamknięta w jednym pomieszczeniu, czego dowodem jest Rzeź Polańskiego, którą kocham, widziałam trzy razy i zaliczę na pewno przynajmniej trzy kolejne seanse. Dobrze się kłamie jest utrzymane w podobnej konwencji, choć nieco mniej komediowe i nie tak satyryczne. I w ogóle bardziej poszłabym tutaj w stronę wrzucenia tego filmu do kategorii dramatów, bo dosadnie pokazuje gorzką prawdę o współczesnym życiu zamkniętym w oprogramowaniu smartfonów – może trochę wyolbrzymioną, ale nadal prawdę. Pokazuje, że demony nietolerancji, nieufności i zazdrości są w każdym i czasem wystarczy mała iskierka, żeby wszystko wybuchło. I że prawda zawsze wychodzi na jaw. (Czyżby?)

Podsumowując – włoska produkcja, z naprawdę fajnie przemyślaną fabułą i błyskotliwymi dialogami jest krzywym zwierciadłem XXI wieku i nawet jeśli ktoś nie przepada za kinem nie-amerykańskim, to Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie warto i wręcz wypada zobaczyć.

1485152833_garth-davis-lion-has-been-traveling-across-globe-earning-recognitions-accolades-galore-film

Teraz kolej na parę słów o Lion. Droga do domu. Nawet jeśli film nie jest wybitnym dziełem, jeśli jest po prostu przyzwoity, to fakt, że został oparty na prawdziwej historii pociąga go do góry. I tak jest w przypadku Liona, bo ogląda się go z ciarkami na plecach. Dzieciak grający małego Saroo kradnie serce od samego początku, jest fenomenalny. A muzyka? A muzykę od wczoraj mam zapętloną.

I jest to film który coś znaczy i coś zostawia, pokazuje inny świat, przed którym czasem tak mocno się bronimy i udajemy, że nie istnieje. Z jednej strony bezlitośnie obnaża obojętność wobec krzywdy, a z drugiej podnosi na duchu, jeszcze raz przypomina, że to ludzie są naszym domem, a dzięki temu domów można mieć wiele. Film poruszający na wielu poziomach, zdecydowanie must see.

img_8079-691x1024

I na koniec dosłownie parę zdań o Jackie Nie do końca rozumiem tak niską ocenę na filmwebie (6,2) i wszechobecną krytykę, że film jest nudny, że za mało akcji.
Jeśli nastawiacie się na całą historię zabójstwa JFK przeniesioną na wielki ekran, na megaprodukcję o tzw. klątwie Kennedych, to pewnie będziecie zawiedzeni. Ale jeśli chcecie spojrzenia na to wydarzenie z perspektywy pierwszej damy, spojrzenia  z dystansem, a jednocześnie niezwykle emocjonalnego, to naprawę warto ten film zobaczyć. Bo Natalie Portman  dobrze poradziła sobie z rolą Jackie – ikony tamtych lat, która w ciągu sekundy została zepchnięta w kąt w bezwzględnym świecie polityki, która mimo to, chce ocalić swojego męża od zapomnienia. Tym bardziej, że muzyka, kostiumy i montaż są zdecydowanie godne uwagi. (BTW – po House of cards chyba każdy już się przyzwyczaił, że Biały Dom najlepiej pokazywać w symetrycznych kadrach – odsyłam do ciekawego materiału o tym, jakie sztuczki wykorzystują twórcy HoC).

Plan obejmował jeszcze jakąś konstruktywną opinię o (nie takiej nowej) Śmietance towarzyskiej Allena, ale zgadnijcie – nie zdołałam wytrwać do końca. Trzymałam się dzielnie do 25 minuty, bo lubię  Carella, Jessiego Eisenberga i oczywiście Blake Lively, niestety pojawienie się na ekranie Kristen Stewart zabiło cały kalifornijski urok filmu, przypomniało wszystkie złe chwile spędzone na oglądaniu dwóch pierwszych części Zmierzchu.
I tak Śmietanka towarzyska dołączyła do długiej listy filmów Woody’ego, których nigdy nie obejrzałam do końca (czyli wszystkich po 2009 roku). Choć zapowiadało się tak dobrze.

Don’t misbehave wraca / Czy 14 nominacji do Oskarów to nie za dużo?

return

Wracam (przynajmniej na chwilę). Wracam po 4 latach.
Pisząc ostatniego posta byłam po pierwszym roku studiów, a teraz, nagle, w połowie piątego. 4 lata, które minęły jak pół roku. Jednocześnie wydaje się, że w te 4 lata wydarzyło się całe moje życie.

Mogłabym powiedzieć, że zaczynam znowu pisać, bo zbliża się sesja, a ja szukam zajęć zastępczych dla nauki. Ale nie, wracam bo tęskniłam za pisaniem. Poniekąd z podkulonym ogonem, bo próbowałam spożytkować czas i energię w inny sposób, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: prawdopodobnie grafika komputerowa nie jest tak zajmująca, jak myślałam, śpiewam dalej tak samo, jak śpiewałam – błogosławieni ci, którzy nie słyszeli,  zgłoszenie do MasterChefa powinnam jednak przemyśleć na spokojnie i jeszcze trochę czasu minie, zanim uda mi się przekroczyć magiczne 10km w bieganiu (choć nie mogę się doczekać wiosny, żeby jednak dopiąć swego).

Dlatego postanowiłam zrobić drugie (a może jednak setne?) podejście do pisania. Nie wątpię, że większość tego, co napiszę na wieki pozostanie w folderze szkice, ale czasem coś wyląduje tutaj.

Już od jakiegoś czasu szukałam pomysłu na pierwszy post. I przed chwilą znalazłam – La La Land.

lalaland

 

Wiele miesięcy temu oznajmiono, że wkrótce do kin wejdzie film z Emmą Stone i Ryanem Goslingiem – fantastyczna wiadomość, dla każdego, kto widział Crazy, stupid, love – bo jak tego duetu nie kochać, szczególnie po tej scenie?

Ale później wypuszczono trailer, a wraz z nim w siną dal odszedł cały mój entuzjazm, pojawiły się natomiast myśli, że być może Chazelle cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, a La La Land powstawało akurat w fazie maniakalnej – bo jak inaczej wytłumaczyć cały ten kicz i słodycz.

W 75% przypadków trailer jest lepszy niż sam film – bo potrzeba tylko trochę wyobraźni ze strony montażysty, który powyrywa z kontekstu zdania, sceny, spojrzenia, uśmiechy, seks, postrzały, wybuchy; odwróci kota ogonem w rytm dobrej muzyki i przeciętną produkcję poda na złotej tacy, przyciągając do kin dzikie tłumy, żeby zapewnić godny podziwu box office.

Byłam pewna, że cały szum wokół La La Land jest generowany tylko ze względu na reżysera i obsadę (bo przecież nierzadko tak jest). Co prawda, zaintrygowało mnie 7 Złotych Globów i 14 nominacji do Oskarów, ale nadal pozostawałam sceptyczna. Do dziś.

Po obejrzeniu tego filmu chciałoby się powiedzieć: nie bój się marzyć. Bo to opowieść o marzycielach, ale nie tylko dla marzycieli. Musical, ale nie tylko dla fanów musicali.

Chazelle przenosi nas w zupełnie inny wymiar, ale w diametralnie inny sposób niż zrobił to w Whiplash (tak, nadal utrzymuję, że to najlepszy film 2014 roku) i nawet ciężko mi powiedzieć jaki to wymiar. Kreuje nową rzeczywistość, w której marzyć=żyć i pokazuje, że świat istnieje właśnie dla nich – niepoprawnych lekkoduchów, którzy wierzą, że wszystko musi się udać, że to o czym śnią, ma sens, a ich droga jest właściwa, lepsza.

I czaruje tu absolutnie wszystko – błyskotliwe dialogi, postacie, których nie da się nie lubić, czaruje jazz i czarują utwory stricte musicalowe, nie pomijając oczywiście choreografii. To wszystko osadzone w nieco cukierkowej scenografii, ze słonecznym Los Angeles w tle, tworzy film, w którym naprawdę można się zakochać. Jedyne co trzeba zrobić, to na te dwie godziny zapomnieć o niechęci do tańczenia na dachach samochodów podczas stania w korku, a obiecuję – oderwiecie się od przenikającego chłodu stycznia i szarej monotonii codzienności.

W ten sposób wieczór, który zgodnie z moimi obawami miał się przerodzić w koszmar porównywalny do tortur oglądania Mamma Mia!, okazał się być piękną podróżą sentymentalną. Bo bohaterowie La la land są takimi ludźmi, jakimi chcielibyśmy być, marzą o tym, o czym my boimy się marzyć i żyją życiem, którym my chcielibyśmy żyć.

I chyba w dzisiejszych czasach potrzeba takich filmów – w dobie produkcji, które mają trzymać w napięciu do ostatniej sekundy, zaskakiwać wyrafinowanymi efektami specjalnymi, doprowadzać do łez przez uśmiercenie głównego bohatera (liczy się tylko, jeśli ów bohater umarł na raka), czy bawić żenującymi dialogami.
Nie twierdzę absolutnie, że dobrych filmów już nie ma,  ale niemożliwie się cieszę, że powstał La La Land.

Here’s to the fools who dream!

 

Otagowane , , ,

Nagłówki krzyczą „Galeria Katowicka otwarta”

Dziś chciałam się pośmiać i zagłębić nad tym dlaczego w redakcji powszechnie znanych i odwiedzanych portali informacyjnych piszą ludzie, których pomysły są tak oryginalne jak puszczanie w radiu w grudniowy dzień piosenki Last Christmas; których styl pisania nie bardzo odbiega od przeciętnego gimnazjalisty – pierwszoklasisty; którzy w swoich reportażach zadają ludziom pytania, które są zwyczajnie głupie jak Lato z Radiem.

Ale o co to zamieszanie? No właśnie nie sądziłam, że o coś takiego MOŻE być zamieszanie. Otóż wczoraj odbyło się otwarcie Galerii Katowickiej, podobno wielkie i huczne. Będąc w Katowicach tydzień temu zewsząd bombardowały mnie plakaty z twarzami Ślązaków, podpisane „Ja tam będę. A Ty?”. No cóż, ja nie.

Ale czuję się jakbym była, a wszystko za sprawą artykułu, który po południu podesłał mi mój brat. Otóż jeden z redaktorów portalu gazeta.pl postanowił zrelacjonować to podniosłe wydarzenie od podszewki, postanowił wyjść do ludu, by zadać im najważniejsze pytania dotyczące życia i ludzkiej egzystencji: „Janie, Janino, czy udało Ci się upolować coś na promocji?”. Sądząc po odpowiedziach, to musiało właśnie tak wyglądać.

A teraz zanurzmy się w oceanie głupoty i poczytajmy perełki. (Cytowane fragmenty oraz zdjęcia pochodzą z artykułu na stronie gazeta.pl, dokładnie pod TYM linkiem).

Minuta po minucie – co najmniej jak wyimaginowany mecz finałowy Euro 2012 z reprezentacją Polski na boisku, tak więc emocje były wielkie.
Na początek krótkie wprowadzenie, informacje na temat inwestycji, kilka zdań o gapiach zbierających się pod wejściem już o 8 rano, a później, powolutku Pan Autor się rozkręca:

„Galeria Katowicka została otwarta punktualnie o godz 10. Co prawda obrotowe drzwi na chwilę się zacięły, ale tłum szybko wszedł do sklepu. Niektórzy zaczęli biec.”

„- Och jak dobrze ze dziś baba z polaka zachorowała, mogłyśmy się zerwać z lekcji – komentowała grupa gimnazjalistek.” – Och, jak dobrze, że nie brakuje świetlanej elity naszego narodu. Naprawdę. Moje serce się raduje. Baba z polaka na pewno też się cieszy.

O promocjach w sklepie elektronicznym:
„Wybrałem 10-calowy tablet. Cena wydaje się dobra – mówi katowiczanin.”
„(…) Jej wnuk w stronę kasy zaniósł 32-calowy telewizor. – Opłaca się – mówiła klientka. Przy okazji dokupiła blender.” – W Ikei też ludzie czasem kupują meble za 5 tysięcy złotych + słoiczek szwedzkich konfitur.

„- Galeria jakich sporo, wszystko na biało, wszystko lśniące, czemu nie pomalowali jej na czarno? Myślałem, że czymś zaskoczą.” – ten pan ma z pewnością futurystyczne myślenie. To właśnie takie pomysły wcielone w życie później lądują na facebookowym POLISZ ARKITEKCZER.

„Nie wszyscy klienci są zadowoleni z gratisów. – Kwiatki jakieś rozdają, papierowe torby, baloniki, ulotki. Słabo, myśleliśmy, że będzie coś więcej. Podobno był darmowy tort, ale chyba wszyscy już zjedli.” – takie tam – prawo dżungli.

„Toaleta w Galerii Katowickiej na pierwszym piętrze jest płatna. Koszt: 2 złote. (…) Przy bramce stoi pani, która pomaga wejść do środka.” – to dopiero biznes. Za luksus się płaci, ale nie myślcie sobie, że pani przy bramce tylko pilnuje wejścia. Jej rola nie jest tak ograniczona – sprzedaje też zapachowe mydełka. I nie bardzo wiem, czy mam kupić mydełko w sklepowej toalecie za 400% tradycyjnej ceny i dać komuś w prezencie, na pamiątkę, czy może od razu je użyć, a później wrzucić do torebki.
I pamiętajcie zanim zaczniecie narzekać na płacenie – to może być jedyna taka okazja, żeby korzystając z toalety poczuć się jak na deskach warszawskiego Teatru Wielkiego. No w końcu taka widownia…

G-E-N-I-A-L-N-E!!!

„Do godz. 12 przyszło tu ponad 15 tys. osób. Niektóre kosze na śmieci są już pełne.”

„Z Sosnowca razem z koleżankami przyjechała Kamila.”

„Ostatnie piętro galerii reklamowano jako najciekawsze miejsce w całym budynku. Tymczasem wciąż jest niedostępne. Rano był tam bankiet dla hiszpańskich gości inwestora i pracowników Neinvera. Wejścia stale pilnuje ochrona.” – miejmy nadzieję, że zaprosili kogoś sławnego. Podobno na otwarciu części Silesia City Center pojawiła się Paris Hilton i 300 tys. ludzi przyszło ją zobaczyć. Ludzie – SERIO? Przyszliście zobaczyć blondynę z psem w torebce? Tylko to nasuwa mi się w tej sytuacji na myśl:

Tak przy okazji przypomniało mi się, że parę lat temu na otwarciu galerii w Jaśle, gwiazdą był 21-letni wówczas Krzysztof Ibisz – jak wiemy teraz ma 16 lat i podrywa panienki na to, że właśnie wyrobił kartę motorowerową. Nawet do niedawna na obwodnicy miasta stał bilbord z uśmiechniętym Krzysiem zapraszającym do galerii. I nawet na latarniach wisiały sklepowe „flagi”. Miasto wyglądało bardziej uroczyście niż w Dzień Niepodległości…

„Starbucks wystawił dla swoich klientów księgę pamiątkową, w której można się wpisywać.” – Wiem, że w ostatnich dniach słyszałam już o czymś podobnym. A nie, przepraszam – to była księga kondolencyjna na pogrzebie Sławomira Mrożka. I to jest uzasadnione. A robienie teatrzyku w otwarcia Starbucksa? Ok, kawa pyszna, ale nie róbmy z tego kultu.

„Teraz przychodzą ci, którzy skończyli pracę o godz 16.” – Wpis z godziny 14:51. GW zagina czasoprzestrzeń.

„Strefa relaksu i strefa co-workingowa (można tu za darmo skorzystać z biurka) znajdują się na drugim piętrze. O ile pracujących przy biurkach osób nie ma wcale, to strefa relaksu wydaje się być strzałem w dziesiątkę.” – zupełnie nowy standard pracy: Obywatelu, Obywatelko, weź swojego laptopa i przyjdź popracować w galerii handlowej, krzesełko nieodpłatne.

„W drogerii Douglas „poszedł” tester. Ludzie tak się pchali, że strącili jeden z flakoników.”
„Przed Galerią Katowicką pojawił się designerski stojak na rowery.”
„Przed wejściem do galerii niektórzy robią sobie zdjęcia.”

I teraz już sama nie wiem co gorsze – jakość całego „artykułu”, sam pomysł na napisanie czegoś takiego, rozdmuchiwanie przez media wydarzenia, które naprawdę nie powinno być niczym szczególnym, czy może głupota ludzi, którzy zabijali się o darmowe kubki i kawałek tortu, zjeżdżali się z różnych części Śląska i robili sobie zdjęcia przed wejściem do budynku.

I chociaż toaleta z fototapetą teatru to prześmieszny pomysł, to bardzo spodobały mi się plansze ze śląskimi słówkami przetłumaczonymi na nasze:

Polecam przeczytanie całości reportażu. Trzyma w napięciu i gwarantuje niespodziewane zwroty akcji.

I tak na koniec – moje wyobrażenie sprzed roku o tym, jak wyglądają Katowice:

2013-09-09 09.25.20-1

(zdjęcie własne)

Na szczęście udało mi się troszkę w moim własnym światopoglądzie obalić to wyobrażenie zbudowane na podstawie oglądnięcia w TVP Kultura filmu z Sosnowcem w tle i przekonać, że Katowice mogą wyglądać też tak:

(zdjęcie z fanpage’a: Mam Chcice na Katowice)

Teraz już zdejmuję moje bryle i żegnam się z Wami 🙂

Otagowane , , , , ,