Włoskie kino / Lion / Jackie

rzut-oka-na-najnowsze-filmy

Od paru dni cieszę się feriami, więc oczywiście część czasu poświęcam na nadrabianie zaległości filmowych. I chociaż korciło mnie, żeby zacząć oglądać The Crown na Netflixie, przemówiłam sobie do rozsądku, aby nie powtórzyć sytuacji z Peaky Blinders (polecam, polecam i jeszcze raz polecam!), kiedy to spędziłam bity tydzień przyklejona do ekranu.

Więc kiedy już powstrzymałam się się od odpalenia Netflixa, otworzyłam sobie kino domowe. I to był dobry wybór.

klamie

Także dziś parę słów o trzech filmach, a na pierwszy ogień leci Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Włoska produkcja w reżyserii Paolo Genovese, która totalnie mnie porwała. Na fantastyczny klimat, który zgrabnie utrzymuje się przez cały film, składa się kilka rzeczy: uno – scenografia – cała akcja jest osadzona w przestronnym lofcie, króluje włoski, przytulny nieład, zupełnie inny od pedantycznych, chłodnych wnętrz, które opanowały polskie i amerykańskie plany filmowe (białe ściany, IKEA, scandinavian design, hygge, lodówka wypełniona jarmużem i koktajle ze spiruliną zamiast wina). Może się to komuś wydawać nieistotne, ale przysięgam – to mieszkanie jest jednym z głównych bohaterów i dzięki niemu wszystko tam gra.

Rzecz kolejna to aktorzy – poza piękną Kasią Smutniak, cała reszta zupełnie mi nieznana. I to jest duży plus, bo kto z nas nie ma czasem dość oglądania w kółko wielkich nazwisk, z przyklejonymi etykietkami poprzednich ról, z tym samym wyrazem twarzy, który w żadnym filmie się nie zmienia. No chyba, że akurat Nicole Kidman całkiem niedawno odwiedziła klinikę medycyny estetycznej, żeby uzupełnić botoks – wtedy oczywiście ta mimika jest jednak trochę inna, albo po prostu jej nie ma. Także nowe (dla nas, bo być może we Włoszech doskonale znane) twarze to atut, całość wydaje się znacznie bardziej autentyczna, bo mamy poczucie, że oglądamy zwykłych ludzi, normalną grupę przyjaciół.

Normalną, jak normalną. Bo ile trupów wy trzymacie w szafie? Odważylibyście się odczytać na głos każdą wiadomość i odebrać każdy telefon na głośnomówiącym? Większość z was pewnie tak, ale nie bohaterowie Dobrze się kłamie. Bo z każdym dzwonkiem telefonu przy ich stole robi się coraz goręcej, aż do punktu, gdzie człowiek zaczyna dziękować w duchu, że siedzi spokojnie po drugiej stronie ekranu.

Poza tym mam jakiś szczególny sentyment do takich teatralnych filmów, których akcja jest zamknięta w jednym pomieszczeniu, czego dowodem jest Rzeź Polańskiego, którą kocham, widziałam trzy razy i zaliczę na pewno przynajmniej trzy kolejne seanse. Dobrze się kłamie jest utrzymane w podobnej konwencji, choć nieco mniej komediowe i nie tak satyryczne. I w ogóle bardziej poszłabym tutaj w stronę wrzucenia tego filmu do kategorii dramatów, bo dosadnie pokazuje gorzką prawdę o współczesnym życiu zamkniętym w oprogramowaniu smartfonów – może trochę wyolbrzymioną, ale nadal prawdę. Pokazuje, że demony nietolerancji, nieufności i zazdrości są w każdym i czasem wystarczy mała iskierka, żeby wszystko wybuchło. I że prawda zawsze wychodzi na jaw. (Czyżby?)

Podsumowując – włoska produkcja, z naprawdę fajnie przemyślaną fabułą i błyskotliwymi dialogami jest krzywym zwierciadłem XXI wieku i nawet jeśli ktoś nie przepada za kinem nie-amerykańskim, to Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie warto i wręcz wypada zobaczyć.

1485152833_garth-davis-lion-has-been-traveling-across-globe-earning-recognitions-accolades-galore-film

Teraz kolej na parę słów o Lion. Droga do domu. Nawet jeśli film nie jest wybitnym dziełem, jeśli jest po prostu przyzwoity, to fakt, że został oparty na prawdziwej historii pociąga go do góry. I tak jest w przypadku Liona, bo ogląda się go z ciarkami na plecach. Dzieciak grający małego Saroo kradnie serce od samego początku, jest fenomenalny. A muzyka? A muzykę od wczoraj mam zapętloną.

I jest to film który coś znaczy i coś zostawia, pokazuje inny świat, przed którym czasem tak mocno się bronimy i udajemy, że nie istnieje. Z jednej strony bezlitośnie obnaża obojętność wobec krzywdy, a z drugiej podnosi na duchu, jeszcze raz przypomina, że to ludzie są naszym domem, a dzięki temu domów można mieć wiele. Film poruszający na wielu poziomach, zdecydowanie must see.

img_8079-691x1024

I na koniec dosłownie parę zdań o Jackie Nie do końca rozumiem tak niską ocenę na filmwebie (6,2) i wszechobecną krytykę, że film jest nudny, że za mało akcji.
Jeśli nastawiacie się na całą historię zabójstwa JFK przeniesioną na wielki ekran, na megaprodukcję o tzw. klątwie Kennedych, to pewnie będziecie zawiedzeni. Ale jeśli chcecie spojrzenia na to wydarzenie z perspektywy pierwszej damy, spojrzenia  z dystansem, a jednocześnie niezwykle emocjonalnego, to naprawę warto ten film zobaczyć. Bo Natalie Portman  dobrze poradziła sobie z rolą Jackie – ikony tamtych lat, która w ciągu sekundy została zepchnięta w kąt w bezwzględnym świecie polityki, która mimo to, chce ocalić swojego męża od zapomnienia. Tym bardziej, że muzyka, kostiumy i montaż są zdecydowanie godne uwagi. (BTW – po House of cards chyba każdy już się przyzwyczaił, że Biały Dom najlepiej pokazywać w symetrycznych kadrach – odsyłam do ciekawego materiału o tym, jakie sztuczki wykorzystują twórcy HoC).

Plan obejmował jeszcze jakąś konstruktywną opinię o (nie takiej nowej) Śmietance towarzyskiej Allena, ale zgadnijcie – nie zdołałam wytrwać do końca. Trzymałam się dzielnie do 25 minuty, bo lubię  Carella, Jessiego Eisenberga i oczywiście Blake Lively, niestety pojawienie się na ekranie Kristen Stewart zabiło cały kalifornijski urok filmu, przypomniało wszystkie złe chwile spędzone na oglądaniu dwóch pierwszych części Zmierzchu.
I tak Śmietanka towarzyska dołączyła do długiej listy filmów Woody’ego, których nigdy nie obejrzałam do końca (czyli wszystkich po 2009 roku). Choć zapowiadało się tak dobrze.

Don’t misbehave wraca / Czy 14 nominacji do Oskarów to nie za dużo?

return

Wracam (przynajmniej na chwilę). Wracam po 4 latach.
Pisząc ostatniego posta byłam po pierwszym roku studiów, a teraz, nagle, w połowie piątego. 4 lata, które minęły jak pół roku. Jednocześnie wydaje się, że w te 4 lata wydarzyło się całe moje życie.

Mogłabym powiedzieć, że zaczynam znowu pisać, bo zbliża się sesja, a ja szukam zajęć zastępczych dla nauki. Ale nie, wracam bo tęskniłam za pisaniem. Poniekąd z podkulonym ogonem, bo próbowałam spożytkować czas i energię w inny sposób, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: prawdopodobnie grafika komputerowa nie jest tak zajmująca, jak myślałam, śpiewam dalej tak samo, jak śpiewałam – błogosławieni ci, którzy nie słyszeli,  zgłoszenie do MasterChefa powinnam jednak przemyśleć na spokojnie i jeszcze trochę czasu minie, zanim uda mi się przekroczyć magiczne 10km w bieganiu (choć nie mogę się doczekać wiosny, żeby jednak dopiąć swego).

Dlatego postanowiłam zrobić drugie (a może jednak setne?) podejście do pisania. Nie wątpię, że większość tego, co napiszę na wieki pozostanie w folderze szkice, ale czasem coś wyląduje tutaj.

Już od jakiegoś czasu szukałam pomysłu na pierwszy post. I przed chwilą znalazłam – La La Land.

lalaland

 

Wiele miesięcy temu oznajmiono, że wkrótce do kin wejdzie film z Emmą Stone i Ryanem Goslingiem – fantastyczna wiadomość, dla każdego, kto widział Crazy, stupid, love – bo jak tego duetu nie kochać, szczególnie po tej scenie?

Ale później wypuszczono trailer, a wraz z nim w siną dal odszedł cały mój entuzjazm, pojawiły się natomiast myśli, że być może Chazelle cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, a La La Land powstawało akurat w fazie maniakalnej – bo jak inaczej wytłumaczyć cały ten kicz i słodycz.

W 75% przypadków trailer jest lepszy niż sam film – bo potrzeba tylko trochę wyobraźni ze strony montażysty, który powyrywa z kontekstu zdania, sceny, spojrzenia, uśmiechy, seks, postrzały, wybuchy; odwróci kota ogonem w rytm dobrej muzyki i przeciętną produkcję poda na złotej tacy, przyciągając do kin dzikie tłumy, żeby zapewnić godny podziwu box office.

Byłam pewna, że cały szum wokół La La Land jest generowany tylko ze względu na reżysera i obsadę (bo przecież nierzadko tak jest). Co prawda, zaintrygowało mnie 7 Złotych Globów i 14 nominacji do Oskarów, ale nadal pozostawałam sceptyczna. Do dziś.

Po obejrzeniu tego filmu chciałoby się powiedzieć: nie bój się marzyć. Bo to opowieść o marzycielach, ale nie tylko dla marzycieli. Musical, ale nie tylko dla fanów musicali.

Chazelle przenosi nas w zupełnie inny wymiar, ale w diametralnie inny sposób niż zrobił to w Whiplash (tak, nadal utrzymuję, że to najlepszy film 2014 roku) i nawet ciężko mi powiedzieć jaki to wymiar. Kreuje nową rzeczywistość, w której marzyć=żyć i pokazuje, że świat istnieje właśnie dla nich – niepoprawnych lekkoduchów, którzy wierzą, że wszystko musi się udać, że to o czym śnią, ma sens, a ich droga jest właściwa, lepsza.

I czaruje tu absolutnie wszystko – błyskotliwe dialogi, postacie, których nie da się nie lubić, czaruje jazz i czarują utwory stricte musicalowe, nie pomijając oczywiście choreografii. To wszystko osadzone w nieco cukierkowej scenografii, ze słonecznym Los Angeles w tle, tworzy film, w którym naprawdę można się zakochać. Jedyne co trzeba zrobić, to na te dwie godziny zapomnieć o niechęci do tańczenia na dachach samochodów podczas stania w korku, a obiecuję – oderwiecie się od przenikającego chłodu stycznia i szarej monotonii codzienności.

W ten sposób wieczór, który zgodnie z moimi obawami miał się przerodzić w koszmar porównywalny do tortur oglądania Mamma Mia!, okazał się być piękną podróżą sentymentalną. Bo bohaterowie La la land są takimi ludźmi, jakimi chcielibyśmy być, marzą o tym, o czym my boimy się marzyć i żyją życiem, którym my chcielibyśmy żyć.

I chyba w dzisiejszych czasach potrzeba takich filmów – w dobie produkcji, które mają trzymać w napięciu do ostatniej sekundy, zaskakiwać wyrafinowanymi efektami specjalnymi, doprowadzać do łez przez uśmiercenie głównego bohatera (liczy się tylko, jeśli ów bohater umarł na raka), czy bawić żenującymi dialogami.
Nie twierdzę absolutnie, że dobrych filmów już nie ma,  ale niemożliwie się cieszę, że powstał La La Land.

Here’s to the fools who dream!

 

Otagowane , , ,

Nagłówki krzyczą „Galeria Katowicka otwarta”

Dziś chciałam się pośmiać i zagłębić nad tym dlaczego w redakcji powszechnie znanych i odwiedzanych portali informacyjnych piszą ludzie, których pomysły są tak oryginalne jak puszczanie w radiu w grudniowy dzień piosenki Last Christmas; których styl pisania nie bardzo odbiega od przeciętnego gimnazjalisty – pierwszoklasisty; którzy w swoich reportażach zadają ludziom pytania, które są zwyczajnie głupie jak Lato z Radiem.

Ale o co to zamieszanie? No właśnie nie sądziłam, że o coś takiego MOŻE być zamieszanie. Otóż wczoraj odbyło się otwarcie Galerii Katowickiej, podobno wielkie i huczne. Będąc w Katowicach tydzień temu zewsząd bombardowały mnie plakaty z twarzami Ślązaków, podpisane „Ja tam będę. A Ty?”. No cóż, ja nie.

Ale czuję się jakbym była, a wszystko za sprawą artykułu, który po południu podesłał mi mój brat. Otóż jeden z redaktorów portalu gazeta.pl postanowił zrelacjonować to podniosłe wydarzenie od podszewki, postanowił wyjść do ludu, by zadać im najważniejsze pytania dotyczące życia i ludzkiej egzystencji: „Janie, Janino, czy udało Ci się upolować coś na promocji?”. Sądząc po odpowiedziach, to musiało właśnie tak wyglądać.

A teraz zanurzmy się w oceanie głupoty i poczytajmy perełki. (Cytowane fragmenty oraz zdjęcia pochodzą z artykułu na stronie gazeta.pl, dokładnie pod TYM linkiem).

Minuta po minucie – co najmniej jak wyimaginowany mecz finałowy Euro 2012 z reprezentacją Polski na boisku, tak więc emocje były wielkie.
Na początek krótkie wprowadzenie, informacje na temat inwestycji, kilka zdań o gapiach zbierających się pod wejściem już o 8 rano, a później, powolutku Pan Autor się rozkręca:

„Galeria Katowicka została otwarta punktualnie o godz 10. Co prawda obrotowe drzwi na chwilę się zacięły, ale tłum szybko wszedł do sklepu. Niektórzy zaczęli biec.”

„- Och jak dobrze ze dziś baba z polaka zachorowała, mogłyśmy się zerwać z lekcji – komentowała grupa gimnazjalistek.” – Och, jak dobrze, że nie brakuje świetlanej elity naszego narodu. Naprawdę. Moje serce się raduje. Baba z polaka na pewno też się cieszy.

O promocjach w sklepie elektronicznym:
„Wybrałem 10-calowy tablet. Cena wydaje się dobra – mówi katowiczanin.”
„(…) Jej wnuk w stronę kasy zaniósł 32-calowy telewizor. – Opłaca się – mówiła klientka. Przy okazji dokupiła blender.” – W Ikei też ludzie czasem kupują meble za 5 tysięcy złotych + słoiczek szwedzkich konfitur.

„- Galeria jakich sporo, wszystko na biało, wszystko lśniące, czemu nie pomalowali jej na czarno? Myślałem, że czymś zaskoczą.” – ten pan ma z pewnością futurystyczne myślenie. To właśnie takie pomysły wcielone w życie później lądują na facebookowym POLISZ ARKITEKCZER.

„Nie wszyscy klienci są zadowoleni z gratisów. – Kwiatki jakieś rozdają, papierowe torby, baloniki, ulotki. Słabo, myśleliśmy, że będzie coś więcej. Podobno był darmowy tort, ale chyba wszyscy już zjedli.” – takie tam – prawo dżungli.

„Toaleta w Galerii Katowickiej na pierwszym piętrze jest płatna. Koszt: 2 złote. (…) Przy bramce stoi pani, która pomaga wejść do środka.” – to dopiero biznes. Za luksus się płaci, ale nie myślcie sobie, że pani przy bramce tylko pilnuje wejścia. Jej rola nie jest tak ograniczona – sprzedaje też zapachowe mydełka. I nie bardzo wiem, czy mam kupić mydełko w sklepowej toalecie za 400% tradycyjnej ceny i dać komuś w prezencie, na pamiątkę, czy może od razu je użyć, a później wrzucić do torebki.
I pamiętajcie zanim zaczniecie narzekać na płacenie – to może być jedyna taka okazja, żeby korzystając z toalety poczuć się jak na deskach warszawskiego Teatru Wielkiego. No w końcu taka widownia…

G-E-N-I-A-L-N-E!!!

„Do godz. 12 przyszło tu ponad 15 tys. osób. Niektóre kosze na śmieci są już pełne.”

„Z Sosnowca razem z koleżankami przyjechała Kamila.”

„Ostatnie piętro galerii reklamowano jako najciekawsze miejsce w całym budynku. Tymczasem wciąż jest niedostępne. Rano był tam bankiet dla hiszpańskich gości inwestora i pracowników Neinvera. Wejścia stale pilnuje ochrona.” – miejmy nadzieję, że zaprosili kogoś sławnego. Podobno na otwarciu części Silesia City Center pojawiła się Paris Hilton i 300 tys. ludzi przyszło ją zobaczyć. Ludzie – SERIO? Przyszliście zobaczyć blondynę z psem w torebce? Tylko to nasuwa mi się w tej sytuacji na myśl:

Tak przy okazji przypomniało mi się, że parę lat temu na otwarciu galerii w Jaśle, gwiazdą był 21-letni wówczas Krzysztof Ibisz – jak wiemy teraz ma 16 lat i podrywa panienki na to, że właśnie wyrobił kartę motorowerową. Nawet do niedawna na obwodnicy miasta stał bilbord z uśmiechniętym Krzysiem zapraszającym do galerii. I nawet na latarniach wisiały sklepowe „flagi”. Miasto wyglądało bardziej uroczyście niż w Dzień Niepodległości…

„Starbucks wystawił dla swoich klientów księgę pamiątkową, w której można się wpisywać.” – Wiem, że w ostatnich dniach słyszałam już o czymś podobnym. A nie, przepraszam – to była księga kondolencyjna na pogrzebie Sławomira Mrożka. I to jest uzasadnione. A robienie teatrzyku w otwarcia Starbucksa? Ok, kawa pyszna, ale nie róbmy z tego kultu.

„Teraz przychodzą ci, którzy skończyli pracę o godz 16.” – Wpis z godziny 14:51. GW zagina czasoprzestrzeń.

„Strefa relaksu i strefa co-workingowa (można tu za darmo skorzystać z biurka) znajdują się na drugim piętrze. O ile pracujących przy biurkach osób nie ma wcale, to strefa relaksu wydaje się być strzałem w dziesiątkę.” – zupełnie nowy standard pracy: Obywatelu, Obywatelko, weź swojego laptopa i przyjdź popracować w galerii handlowej, krzesełko nieodpłatne.

„W drogerii Douglas „poszedł” tester. Ludzie tak się pchali, że strącili jeden z flakoników.”
„Przed Galerią Katowicką pojawił się designerski stojak na rowery.”
„Przed wejściem do galerii niektórzy robią sobie zdjęcia.”

I teraz już sama nie wiem co gorsze – jakość całego „artykułu”, sam pomysł na napisanie czegoś takiego, rozdmuchiwanie przez media wydarzenia, które naprawdę nie powinno być niczym szczególnym, czy może głupota ludzi, którzy zabijali się o darmowe kubki i kawałek tortu, zjeżdżali się z różnych części Śląska i robili sobie zdjęcia przed wejściem do budynku.

I chociaż toaleta z fototapetą teatru to prześmieszny pomysł, to bardzo spodobały mi się plansze ze śląskimi słówkami przetłumaczonymi na nasze:

Polecam przeczytanie całości reportażu. Trzyma w napięciu i gwarantuje niespodziewane zwroty akcji.

I tak na koniec – moje wyobrażenie sprzed roku o tym, jak wyglądają Katowice:

2013-09-09 09.25.20-1

(zdjęcie własne)

Na szczęście udało mi się troszkę w moim własnym światopoglądzie obalić to wyobrażenie zbudowane na podstawie oglądnięcia w TVP Kultura filmu z Sosnowcem w tle i przekonać, że Katowice mogą wyglądać też tak:

(zdjęcie z fanpage’a: Mam Chcice na Katowice)

Teraz już zdejmuję moje bryle i żegnam się z Wami 🙂

Otagowane , , , , ,

Nawet nie taki lipcopad

Naturalnie miałam daleko idące plany, by na wakacjach pisać coś konstruktywnego tutaj – najwyraźniej niewiele z tego wyszło. Ale miałam inne zajęcia.

Bodajże w zeszłym roku pogoda zafundowała nam wspaniały lipcopad. Później był kwiecień, o którym moja babcia powiedziała: „Jak żyję, to jeszcze czegoś takiego nie było! Czyli prawie 100 lat!”. Babcia się trochę zapędziła, bo przecież 80, ale mniejsza z tym.
Ważne, że nadeszło lato. I wakacje.

Lipiec spędziłam w szpitalu na praktykach, w upale, fartuchu/kitlu i przy krzyku pacjentek, że nie wolno otworzyć okna, bo je zawieje. Przy igłach, kroplówkach i aparatach EKG. I nie żebym narzekała, ale może służba zdrowia byłaby darzona większym zaufaniem, gdyby ktoś z personelu nam najpierw pokazał jak się robi EKG, a dopiero później zostawił nam cały sprzęt, a nie zmusił nas do użycia techniki „szukaj kogoś, kto się na tym zna, czyli kogoś z wyższego roku”.

Za to dziś całe 16 stopni na termometrze i niebo niemal stalowe. Ale cieszy mnie to po tych upałach. Choć uwielbiam, kiedy po gorącym dniu, w równie gorącą noc kładę się do łóżka. Kładę się, bo nie idę spać. Nie da się zasnąć, bo powietrze jest zbyt ciężkie, więc tak leżę niczym nie przykryta, przekonana, że inaczej zapali mi się skóra. I w tym pół-śnie, nadchodzi świt i przełamuje nieznośny upał, a przez otwarte okno wpada świeże powietrze, prawie chłodne. Ten moment, kiedy wreszcie mogę się przykryć kocem i odpłynąć z głęboki sen, to chyba najlepsze uczucie świata.

Nie będę się więcej rozpisywać, bo goni mnie czas – w końcu zaraz po raz setny w telewizji będzie Masz wiadomość, a to mi się chyba nigdy nie znudzi.

Na koniec garść rad:

  • jeśli wydaje ci się, że skakanie z rozbiegu na materac na całkiem płytkiej wodzie to dobry pomysł, bo będzie lepsze przyspieszenie, to przemyśl sobie to jeszcze raz, bo nasmarowany/a kremem z filtrem, możesz się epicko przez ten materac prześlizgać i zaryć swoim kolcem biodrowym przednim górnym o dno. A później przez tydzień spać na jednym boku.
  • drinki a później trampolina to nie jest właściwa kolejność. Z drugiej strony – tak jest więcej zabawy.
  • nie narzekaj za dużo na to, że jest za gorąco, czekaj cierpliwe – to Polska, klimat umiarkowany kontynentalny (na pewno? nie pamiętam) – zawsze nadchodzi ten sierpniowy dzień, kiedy gruby sweter to za mało.

Bisou, bisou!

Co mnie wkurza #1

Wybaczcie mi, że tak bezczelnie wyleję tu swoje żale, ale muszę. No po prostu muszę.
Codziennie wkurza mnie wiele rzeczy – wiadomo – wieczne trafianie na czerwone światła na skrzyżowaniu, deszcz i te cholerne komary, które sukcesywnie psują mi każdy wieczór.

Ale to nic w porównaniu z tym, jak wkurzają mnie niektórzy użytkownicy internetu.

Ask.fm – mogę się założyć, że każdy ma wśród znajomych kilka osób, które regularnie linkują swój profil na tym śmiesznym portaliku, mówiąc: „piszcie, bo nudaaaa xD”.
Przepraszam tych gimnazjalistów, którzy na szczęście nie pasują do tego określenia, za takie okropne z mojej strony uogólnienie, ale pozwolę sobie nazwać takich użytkowników gimbazą. Trafne w tym wypadku słowo, pod które mentalnie podpada także wiele osób, które już ładnych kilka lat temu „wyrosły” z tego jakże pięknego wieku.

Chciałabym, żeby pan od Piątek: The Series nagrał na ten temat odcinek, żeby powiedział co myśli – tak bez cenzury. Bo ja postaram się ostrożniej dobierać słowa.

Ale do cholery – po co zakładają te konta i rozsyłają do znajomych? Co w głowie mają ci znajomi, że zasypują wszystko wpisami brzmiącymi Masz piękne oczęta *_*, albo jesteś poj**any. W to pierwsze nie uwierzę, że jest szczere, bo chcąc komuś powiedzieć komplement, nie trzeba tego robić „publicznie – przed całym internetem”, a to drugie – choć może szczere, jest głupie – chodzą później tacy mistrzowie konfrontacji, którzy podczas prawdziwej rozmowy nie odważyliby się czegoś takiego powiedzieć.

I po co to cała polityka pytajcie o wszystko, podczas gdy każda odpowiedź brzmi to nie twoja sprawa.
I te przecinki w niewłaściwych miejscach (ok, mi też się pewnie czasem zdarza ;)) i kończenie każdej wypowiedzi w ten sposób: xD xD Xd
I to wywlekanie prywatnych spraw i tworzenie wirtualnej Mody na sukces. Po prostu B-O-S-K-I-E.

I mogłabym tak dalej, i dalej, i dalej, ale teraz jeszcze szybko ponarzekam na coś innego:

Powstała na facebooku grupa Instagram Polska – dołączyłam, bo z aplikacji korzystam, bo jakoś tak jak mi się nudzi to wpisuję sobie najróżniejsze tagi i oglądam całkiem fajne zdjęcia – tym bardziej, że mnóstwo spośród nich jest wykonanych nie telefonami, ale dobrymi aparatami, profesjonalnie obrobione. I miałam nadzieję, że znajdę w tej grupie linki do profili z takimi zdjęciami, ale nie: znów wkraczają ludzie spragnieni lajków, obserwujących, czy czego tam jeszcze można chcieć od życia. Reklamują te swoje fotografie – koniecznie otagowane #selfie i koniecznie usta w dziubek (w przypadku płci pięknej)/ mina twardziela (w przypadku płci, która zazwyczaj nie boi się robaków). I nie było żadnego wyjątku.

Puenta jest taka, że grupę opuściłam. I że internet mnie wkurza, ale niestety czasem jestem od niego uzależniona.

Dziękuję za uwagę. Dobranoc. Idę zakładać Ask’a.

Żartuję.

Otagowane , , , ,