Nagłówki krzyczą „Galeria Katowicka otwarta”

Dziś chciałam się pośmiać i zagłębić nad tym dlaczego w redakcji powszechnie znanych i odwiedzanych portali informacyjnych piszą ludzie, których pomysły są tak oryginalne jak puszczanie w radiu w grudniowy dzień piosenki Last Christmas; których styl pisania nie bardzo odbiega od przeciętnego gimnazjalisty – pierwszoklasisty; którzy w swoich reportażach zadają ludziom pytania, które są zwyczajnie głupie jak Lato z Radiem.

Ale o co to zamieszanie? No właśnie nie sądziłam, że o coś takiego MOŻE być zamieszanie. Otóż wczoraj odbyło się otwarcie Galerii Katowickiej, podobno wielkie i huczne. Będąc w Katowicach tydzień temu zewsząd bombardowały mnie plakaty z twarzami Ślązaków, podpisane „Ja tam będę. A Ty?”. No cóż, ja nie.

Ale czuję się jakbym była, a wszystko za sprawą artykułu, który po południu podesłał mi mój brat. Otóż jeden z redaktorów portalu gazeta.pl postanowił zrelacjonować to podniosłe wydarzenie od podszewki, postanowił wyjść do ludu, by zadać im najważniejsze pytania dotyczące życia i ludzkiej egzystencji: „Janie, Janino, czy udało Ci się upolować coś na promocji?”. Sądząc po odpowiedziach, to musiało właśnie tak wyglądać.

A teraz zanurzmy się w oceanie głupoty i poczytajmy perełki. (Cytowane fragmenty oraz zdjęcia pochodzą z artykułu na stronie gazeta.pl, dokładnie pod TYM linkiem).

Minuta po minucie – co najmniej jak wyimaginowany mecz finałowy Euro 2012 z reprezentacją Polski na boisku, tak więc emocje były wielkie.
Na początek krótkie wprowadzenie, informacje na temat inwestycji, kilka zdań o gapiach zbierających się pod wejściem już o 8 rano, a później, powolutku Pan Autor się rozkręca:

„Galeria Katowicka została otwarta punktualnie o godz 10. Co prawda obrotowe drzwi na chwilę się zacięły, ale tłum szybko wszedł do sklepu. Niektórzy zaczęli biec.”

„- Och jak dobrze ze dziś baba z polaka zachorowała, mogłyśmy się zerwać z lekcji – komentowała grupa gimnazjalistek.” – Och, jak dobrze, że nie brakuje świetlanej elity naszego narodu. Naprawdę. Moje serce się raduje. Baba z polaka na pewno też się cieszy.

O promocjach w sklepie elektronicznym:
„Wybrałem 10-calowy tablet. Cena wydaje się dobra – mówi katowiczanin.”
„(…) Jej wnuk w stronę kasy zaniósł 32-calowy telewizor. – Opłaca się – mówiła klientka. Przy okazji dokupiła blender.” – W Ikei też ludzie czasem kupują meble za 5 tysięcy złotych + słoiczek szwedzkich konfitur.

„- Galeria jakich sporo, wszystko na biało, wszystko lśniące, czemu nie pomalowali jej na czarno? Myślałem, że czymś zaskoczą.” – ten pan ma z pewnością futurystyczne myślenie. To właśnie takie pomysły wcielone w życie później lądują na facebookowym POLISZ ARKITEKCZER.

„Nie wszyscy klienci są zadowoleni z gratisów. – Kwiatki jakieś rozdają, papierowe torby, baloniki, ulotki. Słabo, myśleliśmy, że będzie coś więcej. Podobno był darmowy tort, ale chyba wszyscy już zjedli.” – takie tam – prawo dżungli.

„Toaleta w Galerii Katowickiej na pierwszym piętrze jest płatna. Koszt: 2 złote. (…) Przy bramce stoi pani, która pomaga wejść do środka.” – to dopiero biznes. Za luksus się płaci, ale nie myślcie sobie, że pani przy bramce tylko pilnuje wejścia. Jej rola nie jest tak ograniczona – sprzedaje też zapachowe mydełka. I nie bardzo wiem, czy mam kupić mydełko w sklepowej toalecie za 400% tradycyjnej ceny i dać komuś w prezencie, na pamiątkę, czy może od razu je użyć, a później wrzucić do torebki.
I pamiętajcie zanim zaczniecie narzekać na płacenie – to może być jedyna taka okazja, żeby korzystając z toalety poczuć się jak na deskach warszawskiego Teatru Wielkiego. No w końcu taka widownia…

G-E-N-I-A-L-N-E!!!

„Do godz. 12 przyszło tu ponad 15 tys. osób. Niektóre kosze na śmieci są już pełne.”

„Z Sosnowca razem z koleżankami przyjechała Kamila.”

„Ostatnie piętro galerii reklamowano jako najciekawsze miejsce w całym budynku. Tymczasem wciąż jest niedostępne. Rano był tam bankiet dla hiszpańskich gości inwestora i pracowników Neinvera. Wejścia stale pilnuje ochrona.” – miejmy nadzieję, że zaprosili kogoś sławnego. Podobno na otwarciu części Silesia City Center pojawiła się Paris Hilton i 300 tys. ludzi przyszło ją zobaczyć. Ludzie – SERIO? Przyszliście zobaczyć blondynę z psem w torebce? Tylko to nasuwa mi się w tej sytuacji na myśl:

Tak przy okazji przypomniało mi się, że parę lat temu na otwarciu galerii w Jaśle, gwiazdą był 21-letni wówczas Krzysztof Ibisz – jak wiemy teraz ma 16 lat i podrywa panienki na to, że właśnie wyrobił kartę motorowerową. Nawet do niedawna na obwodnicy miasta stał bilbord z uśmiechniętym Krzysiem zapraszającym do galerii. I nawet na latarniach wisiały sklepowe „flagi”. Miasto wyglądało bardziej uroczyście niż w Dzień Niepodległości…

„Starbucks wystawił dla swoich klientów księgę pamiątkową, w której można się wpisywać.” – Wiem, że w ostatnich dniach słyszałam już o czymś podobnym. A nie, przepraszam – to była księga kondolencyjna na pogrzebie Sławomira Mrożka. I to jest uzasadnione. A robienie teatrzyku w otwarcia Starbucksa? Ok, kawa pyszna, ale nie róbmy z tego kultu.

„Teraz przychodzą ci, którzy skończyli pracę o godz 16.” – Wpis z godziny 14:51. GW zagina czasoprzestrzeń.

„Strefa relaksu i strefa co-workingowa (można tu za darmo skorzystać z biurka) znajdują się na drugim piętrze. O ile pracujących przy biurkach osób nie ma wcale, to strefa relaksu wydaje się być strzałem w dziesiątkę.” – zupełnie nowy standard pracy: Obywatelu, Obywatelko, weź swojego laptopa i przyjdź popracować w galerii handlowej, krzesełko nieodpłatne.

„W drogerii Douglas „poszedł” tester. Ludzie tak się pchali, że strącili jeden z flakoników.”
„Przed Galerią Katowicką pojawił się designerski stojak na rowery.”
„Przed wejściem do galerii niektórzy robią sobie zdjęcia.”

I teraz już sama nie wiem co gorsze – jakość całego „artykułu”, sam pomysł na napisanie czegoś takiego, rozdmuchiwanie przez media wydarzenia, które naprawdę nie powinno być niczym szczególnym, czy może głupota ludzi, którzy zabijali się o darmowe kubki i kawałek tortu, zjeżdżali się z różnych części Śląska i robili sobie zdjęcia przed wejściem do budynku.

I chociaż toaleta z fototapetą teatru to prześmieszny pomysł, to bardzo spodobały mi się plansze ze śląskimi słówkami przetłumaczonymi na nasze:

Polecam przeczytanie całości reportażu. Trzyma w napięciu i gwarantuje niespodziewane zwroty akcji.

I tak na koniec – moje wyobrażenie sprzed roku o tym, jak wyglądają Katowice:

2013-09-09 09.25.20-1

(zdjęcie własne)

Na szczęście udało mi się troszkę w moim własnym światopoglądzie obalić to wyobrażenie zbudowane na podstawie oglądnięcia w TVP Kultura filmu z Sosnowcem w tle i przekonać, że Katowice mogą wyglądać też tak:

(zdjęcie z fanpage’a: Mam Chcice na Katowice)

Teraz już zdejmuję moje bryle i żegnam się z Wami :)

Otagowane , , , , ,

Nawet nie taki lipcopad

Naturalnie miałam daleko idące plany, by na wakacjach pisać coś konstruktywnego tutaj – najwyraźniej niewiele z tego wyszło. Ale miałam inne zajęcia.

Bodajże w zeszłym roku pogoda zafundowała nam wspaniały lipcopad. Później był kwiecień, o którym moja babcia powiedziała: „Jak żyję, to jeszcze czegoś takiego nie było! Czyli prawie 100 lat!”. Babcia się trochę zapędziła, bo przecież 80, ale mniejsza z tym.
Ważne, że nadeszło lato. I wakacje.

Lipiec spędziłam w szpitalu na praktykach, w upale, fartuchu/kitlu i przy krzyku pacjentek, że nie wolno otworzyć okna, bo je zawieje. Przy igłach, kroplówkach i aparatach EKG. I nie żebym narzekała, ale może służba zdrowia byłaby darzona większym zaufaniem, gdyby ktoś z personelu nam najpierw pokazał jak się robi EKG, a dopiero później zostawił nam cały sprzęt, a nie zmusił nas do użycia techniki „szukaj kogoś, kto się na tym zna, czyli kogoś z wyższego roku”.

Za to dziś całe 16 stopni na termometrze i niebo niemal stalowe. Ale cieszy mnie to po tych upałach. Choć uwielbiam, kiedy po gorącym dniu, w równie gorącą noc kładę się do łóżka. Kładę się, bo nie idę spać. Nie da się zasnąć, bo powietrze jest zbyt ciężkie, więc tak leżę niczym nie przykryta, przekonana, że inaczej zapali mi się skóra. I w tym pół-śnie, nadchodzi świt i przełamuje nieznośny upał, a przez otwarte okno wpada świeże powietrze, prawie chłodne. Ten moment, kiedy wreszcie mogę się przykryć kocem i odpłynąć z głęboki sen, to chyba najlepsze uczucie świata.

Nie będę się więcej rozpisywać, bo goni mnie czas – w końcu zaraz po raz setny w telewizji będzie Masz wiadomość, a to mi się chyba nigdy nie znudzi.

Na koniec garść rad:

  • jeśli wydaje ci się, że skakanie z rozbiegu na materac na całkiem płytkiej wodzie to dobry pomysł, bo będzie lepsze przyspieszenie, to przemyśl sobie to jeszcze raz, bo nasmarowany/a kremem z filtrem, możesz się epicko przez ten materac prześlizgać i zaryć swoim kolcem biodrowym przednim górnym o dno. A później przez tydzień spać na jednym boku.
  • drinki a później trampolina to nie jest właściwa kolejność. Z drugiej strony – tak jest więcej zabawy.
  • nie narzekaj za dużo na to, że jest za gorąco, czekaj cierpliwe – to Polska, klimat umiarkowany kontynentalny (na pewno? nie pamiętam) – zawsze nadchodzi ten sierpniowy dzień, kiedy gruby sweter to za mało.

Bisou, bisou!

Co mnie wkurza #1

Wybaczcie mi, że tak bezczelnie wyleję tu swoje żale, ale muszę. No po prostu muszę.
Codziennie wkurza mnie wiele rzeczy – wiadomo – wieczne trafianie na czerwone światła na skrzyżowaniu, deszcz i te cholerne komary, które sukcesywnie psują mi każdy wieczór.

Ale to nic w porównaniu z tym, jak wkurzają mnie niektórzy użytkownicy internetu.

Ask.fm - mogę się założyć, że każdy ma wśród znajomych kilka osób, które regularnie linkują swój profil na tym śmiesznym portaliku, mówiąc: „piszcie, bo nudaaaa xD”.
Przepraszam tych gimnazjalistów, którzy na szczęście nie pasują do tego określenia, za takie okropne z mojej strony uogólnienie, ale pozwolę sobie nazwać takich użytkowników gimbazą. Trafne w tym wypadku słowo, pod które mentalnie podpada także wiele osób, które już ładnych kilka lat temu „wyrosły” z tego jakże pięknego wieku.

Chciałabym, żeby pan od Piątek: The Series nagrał na ten temat odcinek, żeby powiedział co myśli – tak bez cenzury. Bo ja postaram się ostrożniej dobierać słowa.

Ale do cholery – po co zakładają te konta i rozsyłają do znajomych? Co w głowie mają ci znajomi, że zasypują wszystko wpisami brzmiącymi Masz piękne oczęta *_*, albo jesteś poj**any. W to pierwsze nie uwierzę, że jest szczere, bo chcąc komuś powiedzieć komplement, nie trzeba tego robić „publicznie – przed całym internetem”, a to drugie – choć może szczere, jest głupie – chodzą później tacy mistrzowie konfrontacji, którzy podczas prawdziwej rozmowy nie odważyliby się czegoś takiego powiedzieć.

I po co to cała polityka pytajcie o wszystko, podczas gdy każda odpowiedź brzmi to nie twoja sprawa.
I te przecinki w niewłaściwych miejscach (ok, mi też się pewnie czasem zdarza ;)) i kończenie każdej wypowiedzi w ten sposób: xD xD Xd
I to wywlekanie prywatnych spraw i tworzenie wirtualnej Mody na sukces. Po prostu B-O-S-K-I-E.

I mogłabym tak dalej, i dalej, i dalej, ale teraz jeszcze szybko ponarzekam na coś innego:

Powstała na facebooku grupa Instagram Polska – dołączyłam, bo z aplikacji korzystam, bo jakoś tak jak mi się nudzi to wpisuję sobie najróżniejsze tagi i oglądam całkiem fajne zdjęcia – tym bardziej, że mnóstwo spośród nich jest wykonanych nie telefonami, ale dobrymi aparatami, profesjonalnie obrobione. I miałam nadzieję, że znajdę w tej grupie linki do profili z takimi zdjęciami, ale nie: znów wkraczają ludzie spragnieni lajków, obserwujących, czy czego tam jeszcze można chcieć od życia. Reklamują te swoje fotografie – koniecznie otagowane #selfie i koniecznie usta w dziubek (w przypadku płci pięknej)/ mina twardziela (w przypadku płci, która zazwyczaj nie boi się robaków). I nie było żadnego wyjątku.

Puenta jest taka, że grupę opuściłam. I że internet mnie wkurza, ale niestety czasem jestem od niego uzależniona.

Dziękuję za uwagę. Dobranoc. Idę zakładać Ask’a.

Żartuję.

Otagowane , , , ,

Reklama dźwignią handlu

Zdaje się, że 99% ludzi nie ogląda reklam – w każdym razie nie świadomie. Każdy raczej bezwiednie gapi się w telewizor i nie do końca ogarnia, co się dzieje. I nie ma się co dziwić – bo przecież w niektórych stacjach blok reklamowy trwa na tyle długo, że z powodzeniem można zapomnieć, że coś w ogóle się oglądało. I oczywiście dlatego, że większość reklam jest żenująca.

No bo czemu się wysilać? Przez takie myślenie jesteśmy codziennie bombardowani beznadziejnymi tworami typu: niemiecka reklama proszku do prania - czemu nie dodamy po prostu polskiego dubbingu?nikt nie zauważy braku synchronizacji ruchu ust, dalej – wkurzająca do granic możliwości piosenka Zupa Romana, albo odkrywcza Lana del Ray w swetrze z angory. Cóż: you’re doing it wrong.

Ale czasem… czasem spece od reklamy potrafią się postarać i wtedy powstają perełki – takie, które chcemy oglądać i oglądać.

Zaczynając od komputerów, przez telefony, gdzie prym wiodą reklamy Samsunga – bo przecież nie ma to jak zrobić parodię kolejki po iPhona i wyśmiać zagorzałych fanbojów:

„- I could never get a Samsung. I’m creative.
- Dude, you’re barista.”

I biżuteria – reklamy Tiffany’ego, które są tak magiczne, szczególnie te bożonarodzeniowe, że przenoszą w zupełnie inny  świat. Uwaga: jeśli za Waszymi oknami świeci słońce, to może lepiej odpuśćcie sobie to video bo wprowadzi Was w świąteczny nastrój i jeszcze zapragniecie, żeby był już grudzień, a przecież lato dopiero się zaczyna ;)

Zazwyczaj jestem zwolenniczką oglądania wszystkiego z napisami, ale wyjątkowo tutaj wersja z polskim lektorem jest duuużo bardziej udana, niż oryginał:

Wreszcie docieramy do najlepszego – reklamy samochodów. Wiadomo – skoro produkt jest drogi, to i na reklamie nie można oszczędzić.

I tutaj zacznę od Alfy Romeo. Mój brat mawia, że Alfy są projektowane przez prawdziwego artystę, a na pytanie Skąd wiesz? odpowiada: Nie wiem, ale tak wyglądają. Zdecydowanie tak wyglądają. Bo bez serca bylibyśmy jedynie maszynami. A więc moja wymarzona Giulietta:

Idąc dalej – znów mój brat któregoś dnia zbombardował mnie serią reklam Audi i przyznaję rację – prezentują się imponująco. Samochody i reklamy ;)

I moja ukochana: Chrysler. And we arrived, we arrived in style.

I już na koniec mały powrót do dzieciństwa. W fenomenalnym stylu. Tylko szkoda, że reklama nie nawróci wszystkich użytkowników internetu na IE, ale postarali się chłopaki ;)


I jak? Spodobała Wam się któraś?

Otagowane , , , , , , , , , ,

O tym, jak Joe Wright zdał za mnie maturę

Często jeszcze na długo przed premierą filmu mówi się, że zapowiada się hit – a bo obsada, a bo scenariusz, a bo reżyser. Jeśli kręci Tarantino – wiem, że będzie zupełnie wspaniałe i poza wszelkimi schematami. Kiedy kręci Burton – wiem, że będzie baśniowo, trochę mrocznie, ale perfekcyjnie i zajmująco. No i, że zobaczę na ekranie Deppa i Helenę Bonham-Carter. Kiedy kręci Allen – wiem, że będzie obiecująca obsada, kilka dobrych tekstów, ale zasadniczo nie dotrwam do końca, za to nauczę się z nudów, jak zrobić na drutach szalik/ przeglądnę wszystkie gazety, które leżą w pobliżu/ skomponuję coś na wiolonczelę. A nie mam pojęcia jak się komponuje, a tym bardziej, jak się gra na wiolonczeli. To dobrze wygląda, więc dałam taki przykład. Wymieniam takie trywialne czynności, które można wykonać w domu, bo oczywiście nigdy nie poszłabym do kina na Allena. Gdybym chciała za to płacić, przecież 2 tygodnie po premierze będzie na dvd w nowym numerze jakiegoś kiepskiego pisemka za jedyne 9,99 polskich złotych.

Zmierzam jednak do tego, że kiedy wiem, że kręci Joe Wright, to mogę się spodziewać 120 minut spędzonych w zupełnie innym świecie, w zupełnie innych czasach.

To nie jest reżyser, który ma na swoim koncie dużo produkcji, bo jakby nie było, jest jeszcze młody. Po raz pierwszy z jego filmem zetknęłam się w 2006 roku. Wakacyjne niedzielne przedpołudnie i nuda. Więc postanowiłyśmy z mamą oglądnąć film. Jak to się stało, że akurat ten – tego nie pamiętam, ale wtedy pierwszy raz zobaczyłam Dumę i uprzedzenie. Mówię tak, bo później było jeszcze paręnaście takich seansów i w tym momencie wcale nie żartuję.

pandp

Zakochałam się w tym filmie od pierwszego wrażenia. Później naturalnie przeczytałam książkę, która nie do końca trafiła w mój gust, ale to mogła być kwestia tego, że miałam wtedy 13 lat. Prawdopodobnie powinnam zrobić podejście nr 2. I naturalnie obejrzałam mini-serial BBC, ale nie mogłam znieść Jennifer Ehle w roli Lizzie. I tak już zostało, że nic było w stanie zdetronizować wersji Dumy… z 2005.

Nie wiem co urzekło mnie najbardziej w tym filmie, bo chyba za każdym razem ujmuje coś innego. Poznałam tą ekranizację na tyle dobrze, że znam dialogi w zasadzie na pamięć, sekwencje scen, gesty. Nieodmiennie pan Bingley wzbudza sympatię, nieodmiennie pan Collins śmieszy swoją absurdalnością i jednocześnie irytuje, nieodmiennie myślę sobie, że Elizabeth jest idiotką, bo wierzy panu Wickhamowi, a odrzuca pana Darcy’ego.

O właśnie, pan Darcy. Matthew Macfayden w tej roli sprawdził się doskonale – wrogi i dumny pan Darcy. Przez cały film uśmiecha się 2 razy – najszerzej podczas rozmowy z Georgianą i Elizabeth, choć i tak to jest tylko pół-uśmiech.

W nieskończoność mogłabym oglądać scenę, kiedy pan Darcy oświadcza się Lizzie w strugach deszczu, a ona mu odmawia i oskarża o intrygi. Naprawdę w nieskończoność. I jeszcze scenę, kiedy tańczą na balu i nagle znajdują się sami na tej ogromnej sali.

Pewnie, że to nie jest szczyt kinematografii. Nic nadzwyczajnego, a jednak mam wrażenie, że Duma i uprzedzenie zawsze będzie w czołówce moich ulubionych filmów.

2 lata później pojawiła się nowa produkcja Wrighta, czyli Pokuta – znowu ekranizacja powieści, tym razem Iana McEwana. Szczerze mówiąc po oglądnięciu tego filmu po raz pierwszy, nie byłam po szczególnie dużym wrażeniem. Ale nie byłabym sobą zostawiając go w kącie i zapominając. Bo już rok później ten film pokochałam jeszcze mocniej niż Dumę. Bo historia chwytała za serce, bo było całkiem niebanalnie, bo Keira i James stworzyli na ekranie coś prawdziwego. Bo muzyka była wisienką na torcie.

pokuta

Pokutę widziałam mniej razy, ale poznałam już bardzo dobrze, choć wciąż nie do końca. Ponad rok temu musiałam wybrać temat prezentacji maturalnej i tak przeglądałam tą listę i przeglądałam, myśląc sobie – nuda. Jedyne co wiedziałam to, że muszę znaleźć coś z filmem w temacie, bo wiedziałam, że uda mi się dopasować do bibliografii coś idealnego. I wtedy padło na Motyw nieszczęśliwej miłości w literaturze, malarstwie i filmie. Temat prosty, banalny i kiczowaty do granic możliwości. Ambitnie postanowiłam sama napisać swoją prezentację. Ludzie bezdomni, Romeo i Julia i obraz Ofelia – wręcz żałośnie przewidywalne, ale kilka szpanerskich cytatów mało znanych znawców literatury, aktorów, komików i szeregu innych ludzi na pozór pasujących do tematu jak słoń do fortepianu, i nudna część mojej pracy była za mną. Ciężko w kilku zdaniach opisać film w określonym kontekście, szczególnie, gdy fabuła jest dość złożona, a na dodatek dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych, a nawet w 2 różnych rzeczywistościach.

Wchodząc nieporadnie do sali, w chyba trochę zbyt rzucających się w oczy czerwonych szpilkach, dźwigając laptop, stos kartek i reprodukcję obrazu, byłam dość sceptycznie nastawiona do dobrego wyniku z tej prezentacji, tym bardziej, że miałam świadomość, że za kilka sekund będę się rozwodzić nad najbardziej banalnym tematem świata, przed najmniej banalną nauczycielką w tej szkole. I tak mówiłam o Podborskiej i o Szekspirze i o trudnych wyborach i widziałam gniewną minę dr S. A później zaczęłam mówić o Cecilli i o wojnie i włączyłam fragment filmu – jedną z końcowych scen przedstawiającą wywiad z Briony – scenę chyba najbardziej statyczną, ale przynajmniej najmniej oczywistą. I widziałam, że wybór był dobry, bo następujące później 3 pytania dr S. zamieniła w całkiem ciekawą rozmowę o kwiatkach, rabatkach, Antygonie i monotonii życia.
Dlatego uważam, że Joe Wright zdał za mnie maturę z polskiego. I pochwalę się – na 100%.

Tak więc o ile ta matura w wykonaniu Joe to był całkiem niezły wyczyn, to przy Annie Kareninie coś poszło nie tak.

Długo czekałam, żeby ten film obejrzeć. Przyznam się szczerze, że książki nigdy nie skończyłam czytać, przez mój nieznośny nawyk rozpoczynania naprawdę długich powieści naprawdę na krótko przed końcem wakacji. Ale tyle, ile przeczytałam wystarczyło, żeby przekonać się, że Tołstoj zna się na pisaniu portretów psychologicznych swoich bohaterów.

anna

A najnowsza ekranizacja, choć z rozmachem, nie zachwyciła. Na ekranie oczywiście Keira Knightley – wg mnie pasująca do roli, choć mogę tak mówić z przyzwyczajenia do związku przyczynowo-skutkowego: film kostiumowy –> Keira. I o ile Jude (czemu mam od razu w głowie Hey Jude?) też całkiem dobrze wtopił się w postać Karenina, to wybór odtwórcy Wrońskiego zdecydowanie nie zachwycił. Aleksjej miał być charyzmatyczny, a był nijaki. Miał być przystojny, a był… brzydki.

Ciekawym pomysłem było obsadzenie części akcji na deskach teatru. Ciekawym, ale rozpraszającym. Kostiumy zdecydowanie zasługują na nominację do Oscara, i jak to już u Wrighta bywa – muzyka także.

Dłużej o Annie rozwodzić się nie będę, bo chociaż na razie nie zauroczyłam się tym filmem (a jedynie tańcem Kareniny i Wrońskiego), to podobnie jak Pokucie, na pewno dam kolejną szansę.

Tym sposobem zmierzam do końca tego posta, bo znowu za bardzo się rozpisałam. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was kompletnie ;)

Otagowane , , , , , , , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.