Często jeszcze na długo przed premierą filmu mówi się, że zapowiada się hit – a bo obsada, a bo scenariusz, a bo reżyser. Jeśli kręci Tarantino – wiem, że będzie zupełnie wspaniałe i poza wszelkimi schematami. Kiedy kręci Burton – wiem, że będzie baśniowo, trochę mrocznie, ale perfekcyjnie i zajmująco. No i, że zobaczę na ekranie Deppa i Helenę Bonham-Carter. Kiedy kręci Allen – wiem, że będzie obiecująca obsada, kilka dobrych tekstów, ale zasadniczo nie dotrwam do końca, za to nauczę się z nudów, jak zrobić na drutach szalik/ przeglądnę wszystkie gazety, które leżą w pobliżu/ skomponuję coś na wiolonczelę. A nie mam pojęcia jak się komponuje, a tym bardziej, jak się gra na wiolonczeli. To dobrze wygląda, więc dałam taki przykład. Wymieniam takie trywialne czynności, które można wykonać w domu, bo oczywiście nigdy nie poszłabym do kina na Allena. Gdybym chciała za to płacić, przecież 2 tygodnie po premierze będzie na dvd w nowym numerze jakiegoś kiepskiego pisemka za jedyne 9,99 polskich złotych.
Zmierzam jednak do tego, że kiedy wiem, że kręci Joe Wright, to mogę się spodziewać 120 minut spędzonych w zupełnie innym świecie, w zupełnie innych czasach.
To nie jest reżyser, który ma na swoim koncie dużo produkcji, bo jakby nie było, jest jeszcze młody. Po raz pierwszy z jego filmem zetknęłam się w 2006 roku. Wakacyjne niedzielne przedpołudnie i nuda. Więc postanowiłyśmy z mamą oglądnąć film. Jak to się stało, że akurat ten – tego nie pamiętam, ale wtedy pierwszy raz zobaczyłam Dumę i uprzedzenie. Mówię tak, bo później było jeszcze paręnaście takich seansów i w tym momencie wcale nie żartuję.
Zakochałam się w tym filmie od pierwszego wrażenia. Później naturalnie przeczytałam książkę, która nie do końca trafiła w mój gust, ale to mogła być kwestia tego, że miałam wtedy 13 lat. Prawdopodobnie powinnam zrobić podejście nr 2. I naturalnie obejrzałam mini-serial BBC, ale nie mogłam znieść Jennifer Ehle w roli Lizzie. I tak już zostało, że nic było w stanie zdetronizować wersji Dumy… z 2005.
Nie wiem co urzekło mnie najbardziej w tym filmie, bo chyba za każdym razem ujmuje coś innego. Poznałam tą ekranizację na tyle dobrze, że znam dialogi w zasadzie na pamięć, sekwencje scen, gesty. Nieodmiennie pan Bingley wzbudza sympatię, nieodmiennie pan Collins śmieszy swoją absurdalnością i jednocześnie irytuje, nieodmiennie myślę sobie, że Elizabeth jest idiotką, bo wierzy panu Wickhamowi, a odrzuca pana Darcy’ego.
O właśnie, pan Darcy. Matthew Macfayden w tej roli sprawdził się doskonale – wrogi i dumny pan Darcy. Przez cały film uśmiecha się 2 razy – najszerzej podczas rozmowy z Georgianą i Elizabeth, choć i tak to jest tylko pół-uśmiech.
W nieskończoność mogłabym oglądać scenę, kiedy pan Darcy oświadcza się Lizzie w strugach deszczu, a ona mu odmawia i oskarża o intrygi. Naprawdę w nieskończoność. I jeszcze scenę, kiedy tańczą na balu i nagle znajdują się sami na tej ogromnej sali.
Pewnie, że to nie jest szczyt kinematografii. Nic nadzwyczajnego, a jednak mam wrażenie, że Duma i uprzedzenie zawsze będzie w czołówce moich ulubionych filmów.
2 lata później pojawiła się nowa produkcja Wrighta, czyli Pokuta – znowu ekranizacja powieści, tym razem Iana McEwana. Szczerze mówiąc po oglądnięciu tego filmu po raz pierwszy, nie byłam po szczególnie dużym wrażeniem. Ale nie byłabym sobą zostawiając go w kącie i zapominając. Bo już rok później ten film pokochałam jeszcze mocniej niż Dumę. Bo historia chwytała za serce, bo było całkiem niebanalnie, bo Keira i James stworzyli na ekranie coś prawdziwego. Bo muzyka była wisienką na torcie.
Pokutę widziałam mniej razy, ale poznałam już bardzo dobrze, choć wciąż nie do końca. Ponad rok temu musiałam wybrać temat prezentacji maturalnej i tak przeglądałam tą listę i przeglądałam, myśląc sobie – nuda. Jedyne co wiedziałam to, że muszę znaleźć coś z filmem w temacie, bo wiedziałam, że uda mi się dopasować do bibliografii coś idealnego. I wtedy padło na Motyw nieszczęśliwej miłości w literaturze, malarstwie i filmie. Temat prosty, banalny i kiczowaty do granic możliwości. Ambitnie postanowiłam sama napisać swoją prezentację. Ludzie bezdomni, Romeo i Julia i obraz Ofelia – wręcz żałośnie przewidywalne, ale kilka szpanerskich cytatów mało znanych znawców literatury, aktorów, komików i szeregu innych ludzi na pozór pasujących do tematu jak słoń do fortepianu, i nudna część mojej pracy była za mną. Ciężko w kilku zdaniach opisać film w określonym kontekście, szczególnie, gdy fabuła jest dość złożona, a na dodatek dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych, a nawet w 2 różnych rzeczywistościach.
Wchodząc nieporadnie do sali, w chyba trochę zbyt rzucających się w oczy czerwonych szpilkach, dźwigając laptop, stos kartek i reprodukcję obrazu, byłam dość sceptycznie nastawiona do dobrego wyniku z tej prezentacji, tym bardziej, że miałam świadomość, że za kilka sekund będę się rozwodzić nad najbardziej banalnym tematem świata, przed najmniej banalną nauczycielką w tej szkole. I tak mówiłam o Podborskiej i o Szekspirze i o trudnych wyborach i widziałam gniewną minę dr S. A później zaczęłam mówić o Cecilli i o wojnie i włączyłam fragment filmu – jedną z końcowych scen przedstawiającą wywiad z Briony – scenę chyba najbardziej statyczną, ale przynajmniej najmniej oczywistą. I widziałam, że wybór był dobry, bo następujące później 3 pytania dr S. zamieniła w całkiem ciekawą rozmowę o kwiatkach, rabatkach, Antygonie i monotonii życia.
Dlatego uważam, że Joe Wright zdał za mnie maturę z polskiego. I pochwalę się – na 100%.
Tak więc o ile ta matura w wykonaniu Joe to był całkiem niezły wyczyn, to przy Annie Kareninie coś poszło nie tak.
Długo czekałam, żeby ten film obejrzeć. Przyznam się szczerze, że książki nigdy nie skończyłam czytać, przez mój nieznośny nawyk rozpoczynania naprawdę długich powieści naprawdę na krótko przed końcem wakacji. Ale tyle, ile przeczytałam wystarczyło, żeby przekonać się, że Tołstoj zna się na pisaniu portretów psychologicznych swoich bohaterów.
A najnowsza ekranizacja, choć z rozmachem, nie zachwyciła. Na ekranie oczywiście Keira Knightley – wg mnie pasująca do roli, choć mogę tak mówić z przyzwyczajenia do związku przyczynowo-skutkowego: film kostiumowy –> Keira. I o ile Jude (czemu mam od razu w głowie Hey Jude?) też całkiem dobrze wtopił się w postać Karenina, to wybór odtwórcy Wrońskiego zdecydowanie nie zachwycił. Aleksjej miał być charyzmatyczny, a był nijaki. Miał być przystojny, a był… brzydki.
Ciekawym pomysłem było obsadzenie części akcji na deskach teatru. Ciekawym, ale rozpraszającym. Kostiumy zdecydowanie zasługują na nominację do Oscara, i jak to już u Wrighta bywa – muzyka także.
Dłużej o Annie rozwodzić się nie będę, bo chociaż na razie nie zauroczyłam się tym filmem (a jedynie tańcem Kareniny i Wrońskiego), to podobnie jak Pokucie, na pewno dam kolejną szansę.
Tym sposobem zmierzam do końca tego posta, bo znowu za bardzo się rozpisałam. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was kompletnie







